Cholera! - mocno już wkurzona i spóźniona zamknęłam drzwi, o mało nie upuszczając przez to torby, którą w pośpiechu zarzuciłam sobie na ramię. Zbiegłam najszybciej jak tylko mogłam po schodach i wypadłam przez drzwi wprost na roztętnioną życiem i zakorkowaną ulicę Londynu. Wiedziałam, że i tak jestem już spóźniona na autobus, więc całą drogę do szkoły musiała pokonać idąc. A właściwie biegnąc, ale mniejsza z tym. Jak burza wpadłam do klasy akurat w środku przemówienia. Elizabeth Taylor. Ciemnowłosa miała wygląd niczym słynna hollywoodzka gwiazda, której imię i nazwisko nosiła. Jak zwykle modnie ubrana, z idealnie ułożonymi włosami, miała bogatych rodziców i... była moją najlepszą przyjaciółką. Posłałam jej przepraszający uśmiech, a ona zachichotała, ale jak gdyby nic kontynuowała. Oczywiście pan Smith był mniej radośnie nastawiony i zgromił mnie wzrokiem, gdy siadałam w ławce. Mimo tak miłego przywitania przez resztę lekcji w całej klasie panowała cisza. No tak, w końcu to ja. Wszyscy się nade mną litowali i nauczyciele wiele razy wybaczali mi braki pracy czy spóźnienia. W końcu to ja byłam tą, której rodzice zostali zamordowani. Nie cierpiałam tej litości i współczujących spojrzeń na każdym kroku. Chciałam, by było jak dawniej, chciałam być tą popularną Katherine Bennet, która ma wspaniałych rodziców, modne ubrania, popularność i przyjaciół. Jednak wiedziałam, że już nigdy tak nie będzie. Gdy miesiąc temu wróciłam z Elizabeth z wakacji w Paryżu, jak tylko przekroczyłam próg domu wiedziałam ,że coś się stało. I o ile trzy godziny temu rozmawiałam z mamą, to teraz ona wraz z tatą leżała na podłodze w kuchni bez życia. Trzęsąc się, zadzwoniłam po pogotowie, potem przyjechała policja. Resztę pamiętam jak przez mgłę... Tą okropną wiadomość, że oboje nie żyją, że to było morderstwo, pogrzeb... Całe moje życie się zawaliło. Modne ciuchy w jasnych kolorach zastąpiła czerń, moje blond włosy stały się kruczoczarne. Kolorowe cienie do powiek zniknęły, zamiast tego pojawiły się worki pod oczami. Stałam się wrakiem samej siebie, a mimo to wciąż powtarzałam, że nic mi nie jest, że wszystko jest w porządku. Kłamałam. Siedząc w ostatniej ławce do końca lekcji byłam bardziej skupiona na gapieniu się na widok za oknem, niż tym, co się dzieje dookoła. Gdy zadzwonił dzwonek bez słowa wstałam z ławki i nie czekając na Elizabeth udałam się na dziedziniec. I wtedy się zaczęło. Znowu. Gdy pierwszy promień słońca padł na moją skórę przeszył mnie ogromny ból i panika. Nie mogłam oddychać, a przed oczami miałam czarne plamy. To wszystko zaczęło się trzy miesiące temu i jak na razie nikt o tym nie wiedział, a ja jakoś nigdy nie miałam czasy, by iść z tym do lekarza. Po omacku dotarłam do łazienki, gdzie na całe szczęście nikogo nie było. Patrzę z przerażeniem w lustro i widzę swoją twarz i nagle spoglądam drugi raz, a moja twarz jest cała we krwi, kły wystają z górnej wargi. Gwałtownie wciągam powietrze, ale upiorny obrazek znika tak szybko jak się pojawił. Usiłuję się uspokoić i wmawiam sobie, że to ze zmęczenia, że nic nie zobaczyłam, ale przez chwilę... Nie, nie to niemożliwe. Kręcę głową i spryskuję twarz zimną wodą, co przynosi mi ulgę. Uspokajam się. Nagle nabiera mnie ochota, by przestać być tą grzeczną dziewczynką i jak gdyby nic po raz pierwszy w życiu opuszczam lekcję. O tej porze nauczyciele są zbyt zajęcia tematami, by sprawdzać, kto opuszcza szkołę. Docieram do swojego mieszkania, które wynajęłam. Miałam osiemnaście lat, więc po śmierci rodziców nie poszłam do rodziny zastępczej, tylko byłam wolna. Ale co z tego, skoro nie miałam rodziny? Została mi tylko Elizabeth, choć nawet ona powoli odsuwa się ode nie, a ja nie wiem, jak ją zatrzymać. Gdy wchodzę na klatkę, widzę, że przed moimi drzwiami stoi wysoki, ciemnowłosy chłopak. Podchodzę bliżej i szeroko się uśmiecham. Po raz pierwszy od dawna. Ian. Nie widziałam go dwa lata i mimo tego, że bardzo się zmienił, wciąż go rozpoznaję. Rozbrajający uśmiech i wygląd niegrzecznego chłopca. Mam ochotę rzucić mu się na szyję, a po chwili przytomnieję. Wymijam go i chce otworzyć drzwi, a wtedy on staje przede mną.
- Wiesz może, gdzie mieszka Katherine Bennet? Ponoć w tym budynku, ale... - urywa i patrzy na mnie zszokowany, bo odgarnęłam włosy do tyłu i widzi całą moją twarz. Wiem, że w jego oczach wydaje się być bardzo odmieniona. Niegdyś modnie wymodelowane włosy do ramion, teraz długie i czarne do pasa, zero makijażu i ciemne ciuchy. Nawet moje piwne oczy są przygaszone. Ian patrzy na mnie przez chwilę, mrugając gwałtownie.
- Oh, kochanie... - szepcze i przytula mnie do siebie, nim zdołam się odsunąć. Nim jego zapach wniknie w moje nozdrza. Tak znajomy... Czarna, skórzana kurtka, spłowiałe, porwane dżinsy i świeżo umyte, ciemne włosy. Patrzę w jego intensywne, błękitne oczy, przenoszę wzrok na idealnie wyrojone usta i męską, mocno zarysowaną szczękę. Chłopak, w którym byłam zakochana... Zanim on mnie zostawił pod byle pretekstem i wyjechał. Ile ja nocy przez niego przepłakałam... A mimo to dałam rade. A teraz on, jak gdyby nigdy nic pojawia się na nowo w moim życiu, akurat wtedy, kiedy gorzej już być nie może.
- Puść mnie - mówię przez zaciśnięte zęby, a on posłusznie spełnia moje polecenia, jest nieco zarumieniony, ale ignoruję to i wchodzę do mieszkania, lecz gdy chcę zamknąć drzwi, on wsuwa stopę między framugę i bez słowa wchodzi do mieszkania, zamykając za sobą drzwi. Nie wiem, czemu nie protestuję. Nie wiem dlaczego nic nie robię, gdy podchodzi do mnie i mnie nie przytula. Nie mam pojęcia, co robię gdy delikatnie mnie obejmuje i całuje w czoło. A gdy jego wargi dotykają moich... Czuję, jakby cały świat eksplodował pod nadmiarem uczuć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz