czwartek, 23 października 2014

#II - Ale to już było...

 Jego dłonie błądzą po moim ciele jak oszalałe, w tę i z powrotem, jego usta coraz zachłanniej całują moje usta. Zaciskam palce na jego ramionach, chcę więcej i więcej. Po raz pierwszy od dawna czuję, że cały mój ból znika i zastępuję go coś innego, przyjemniejszego. Zamykam oczy i delektuję się tą chwilą, chcę, by nigdy się nie skończyła. Po chwili czuję, że chłopak przestaje mnie całować i odsuwa się ode mnie. Nadal nie otwieram oczu i wzdycham cicho. Niechętnie wracam do rzeczywistości i widzę jego przystojną twarz przed swoją. A potem jak gdyby nigdy nic uderzam go w twarz bez zastanowienia. A przynajmniej tak bym chciała, bo jego szczupłe palce zaciskają się na moim nadgarstku i patrzy na mnie smutnym wzrokiem. Zaciskam usta i odwracam twarz. Czuję, że ogarnia mnie wstyd, bo nie widziałam go tak długo, a niemal się na niego rzuciłam. Dosłownie. Moja twarz oblewa się rumieńcem, a on cicho się śmieje. Wyrywam dłoń z jego uścisku i bez słowa idę do kuchni. Słyszę jego kroki za sobą, a gdy opieram się o blat, stoi przede mną.
 - Czego chcesz? - pytam chłodno, ale niewiele mnie to teraz obchodzi. Nawet na niego nie patrzę. Słyszę, jak wzdycha ciężko.
 - Wiem, co się stało... Katherine... Gdybym wcześniej wiedział... - jego głos się załamuje, a mnie ogarnia wściekłość.
 - To co? Wróciłbyś do mnie z litości? Po tym, co zrobiłeś?! - wrzeszczę nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą powiedział. Co on sobie myśli, że skoro moi rodzice nie żyją, to do mnie wróci? Bo jestem biedną, osieroconą dziewczynką i zasługuję tylko na litościwie spojrzenia i współczucie, choć wcale tego nie chciałam? Chwytam pierwszą lepszą rzecz z brzegu i rzucam w niego. Uchyla się przed ciosem i talerz rozbija się o ścianę. A potem kolejny i kolejny,za każdym razem chybiam, co jeszcze bardziej mnie wkurza. Łapie mnie za ramiona i mocno przyciąga do siebie, nim znowu zdążę czymś w niego rzucić. Usiłuję się wyrwać z jego uścisku, ale jest znacznie silniejszy.
 - Puść mnie! Ian, do cholery, puść mnie w tej chwili! - krzyczę, ale on nic sobie z tego nie robi, tylko po prostu mnie obejmuje. Po chwili wściekłość mnie opuszcza i zaczynam płakać. Przeraźliwie i głośno. Szloch wstrząsa moim ciałem i sprawia, że dostaję czkawki. On nadal mnie przytula, gładzi moje włosy.
 - Cii, już spokojnie, wszystko będzie dobrze - szepcze, a ja powoli odzyskuję zdolność logicznego myślenia i głęboko oddycham. Mimo to nadal jest mi trochę smutno przez to, co wcześniej powiedział.
 - Wróciłbyś do mnie z litości?- pytam cicho, a on wzdycha.
 - Nie o to mi chodziło... Miałem na myśli to, że już dawno bym przyjechał, by ci pomóc - odpowiada, a ja śmieję się gorzko i kręcę z niedowierzaniem głową. Wspomnienia sprzed dwóch lat są teraz tak wyraźne, wszystko mi się przypomina. Śmieję się jak szalona, a on mnie puszcza i patrzy na mnie z niepokojem.
 - Po tym... Po tym co mi zrobiłeś naprawdę myślisz... O jezu, nigdy nie słyszałam czegoś głupszego! - wciąż się śmiejąc patrzą na niego jak na idiotę. On naprawdę myśli, że bym przyjęła jego pomoc? Co prawda, dzisiaj nieźle mnie poniosło, ale... To był impuls, chwila słabości, która już nigdy więcej się nie powtórzy.
 - To, że się rozstaliśmy... Nie mogę ci teraz tego powiedzieć - mówi i siada przy stole, a ja na blacie kuchennym uważnie go obserwuję.
 - Cóż, więc nigdy się nie dowiem. A teraz wyjdź - mówię ostro, a on kręci przecząco głową.
 - Naprawdę myślisz, że to zrobię? Wtedy popełniłem błąd, ale teraz... Chcę być przy tobie... - stwierdza, a ja znowu wybucham śmiechem. Jaki z niego dupek! Nie do wiary, że byłam w nim tak mocno zakochana, nie do wiary!
 - Daruj sobie - unoszę dłoń, a on urywa i patrzy na mnie wyczekująco. Wstaje nagle i podchodzi do mnie, stoi tak blisko, że stykamy się nosami.
 - Wiem, że nadal coś do mnie czujesz, ma belle, ma bien-aimé...Rosie - jego francuski akcent jest perfekcyjny, a na dźwięk tak znajomych słów, które kiedyś słyszałam niemal codziennie, w moich oczach pojawiają się łzy. Rosie... Tak by miała na imię. Gdy milczę i nic nie mówię, w jego oczach zauważam troskę i nawet lekkie przerażenie. To sprawia, że chcę, by poczuł ten ból, by czuł się winny. I wtedy zdaję sobie sprawę, że ostatnie słowa powiedziałam na głos. Patrzy na mnie na początku ze zdziwieniem, a potem patrzy na mnie z pytającym wyrazem twarzy. Przerażona, że to powiedziałam, chcę wstać i niemal wyrzucić go z mojego mieszkania, ale nie pozwala mi. patrzy na mnie ostro i pochyla się nade mną.
  - Kto by miał tak na imię, Kath? Kto? - pyta i potrząsa mną. Wszystko do mnie wraca, po raz kolejny tego dnia. Moja początkowa panika, strach, że jak to, przecież jestem taka młoda... Ciąża nie była wtedy czymś, z czego bym się cieszyła. Bałam się reakcji rodziców, a co najważniejsze - Iana. Bo to by było jego dziecko. Nasze dziecko. Nie chciałam usuwać ciąży, nawet zaczęłam kochać tą małą istotkę, która rozwijała się wewnątrz mnie. Miałam wrażenie, że będzie to dziewczynka, a miałaby na imię własnie Rosie. Jednak w dniu, w którym miałam mu wszystko powiedzieć, okazało się, że się rozstajemy. Powiedział, że musi wyjechać i choć nadal mnie kocha, na razie nie możemy być razem. Nie chciał mi konkretniej powiedzieć dlaczego, choć go błagałam, a gdy wyszedł, byłam zrozpaczona. Nie powiedziałam mu wtedy, że jestem w ciąż. Łudziłam się, że kłamał, że wróci, ale nie. Już cztery godziny później dowiedziałam się, że wyjechał. I nie ma zamiaru wrócić. I wtedy poroniłam. Nikt o tym nie wiedział, nawet rodzice, a ja dzięki pewnym znajomościom wszystko szybko załatwiłam. Na pogrzebie byłam tylko ja i ksiądz, a i tak wszystko odbyło się poza Londynem. W ciszy i samotności, a potem udawałam, że wszystko jest w porządku. Nigdy nikomu o tym nie mówiłam i jedynie diagnoza lekarska głęboko schowana na dnie szafy, że byłam w ciąży i poroniłam była jedynym dowodem. No i test ciążowy. A teraz patrzę w niebieskie oczy ojca mojego dziecka i zastanawiam się, czy ona też miałaby takie oczy.
 - Byłaby taka śliczna... - szepczę, a on znów mną potrząsa.
  -Kto? Kto byłby śliczny? - widzę, że jest bliski histerii, po raz pierwszy widzę go w takim stanie. Spoglądam w dal, jakbym była w transie.
 - Nasza córka... - na dźwięk tych słów zamykam oczy i czekam, aż się roześmieje, powie, że pewnie kłamie i wyjdzie i już nigdy więcej go nie zobaczę. Ale nie. Zapada nienaturalna cisza, przerywana jedynie przejeżdżającymi nieopodal samochodami. Z obawą unoszę wzrok i widzę, że gwałtownie zbladł i zaczął ciężko oddychać.
 - Jak to... Ty... - wykrztusza zszokowany, a ja wzdycham, wciąż mam łzy w oczach. I widzę, że on także. I to sprawia, że znów widzę tamtego chłopaka, w którym się zakochałam. Wymijam go i otwieram szafkę. Na samej górze jest szuflada i muszę wziąć stołek, by się tam dostać. Wyjmuję to, czego szukam. jedyne dowody. Dokumenty ze szpitala z datą sprzed dwóch lat. To ten sam dzień, w którym wyjechał. 29 sierpnia. Podaję mu je, a on szybko przebiega wzrokiem po kartkach, bezgłośnie wymawiając słowa. Zrobił się jeszcze bardziej bledszy, o ile to jest możliwe. Oboje milczymy. Odkłada kartki na blat i patrzy na mnie.
 - Boże... To moja wina... Gdybym nie wyjechał... - Tak bardzo cię przepraszam, ma belle...

niedziela, 19 października 2014

#I - (Nie)Przypadkowe spotkanie

Cholera! - mocno już wkurzona i spóźniona zamknęłam drzwi, o mało nie upuszczając przez to torby, którą w pośpiechu zarzuciłam sobie na ramię. Zbiegłam najszybciej jak tylko mogłam po schodach i wypadłam przez drzwi wprost na roztętnioną życiem i zakorkowaną ulicę Londynu. Wiedziałam, że i tak jestem już spóźniona na autobus, więc całą drogę do szkoły musiała pokonać idąc. A właściwie biegnąc, ale mniejsza z tym. Jak burza wpadłam do klasy akurat w środku przemówienia. Elizabeth Taylor. Ciemnowłosa miała wygląd niczym słynna hollywoodzka gwiazda, której imię i nazwisko nosiła. Jak zwykle modnie ubrana, z idealnie ułożonymi włosami, miała bogatych rodziców i... była moją najlepszą przyjaciółką. Posłałam jej przepraszający uśmiech, a ona zachichotała, ale jak gdyby nic kontynuowała. Oczywiście pan Smith był mniej radośnie nastawiony i zgromił mnie wzrokiem, gdy siadałam w ławce. Mimo tak miłego przywitania przez resztę lekcji w całej klasie panowała cisza. No tak, w końcu to ja. Wszyscy się nade mną litowali i nauczyciele wiele razy wybaczali mi braki pracy czy spóźnienia. W końcu to ja byłam tą, której rodzice zostali zamordowani. Nie cierpiałam tej litości i współczujących spojrzeń na każdym kroku. Chciałam, by było jak dawniej, chciałam być tą popularną Katherine Bennet, która ma wspaniałych rodziców, modne ubrania, popularność i przyjaciół. Jednak wiedziałam, że już nigdy tak nie będzie. Gdy miesiąc temu wróciłam z Elizabeth z wakacji w Paryżu, jak tylko przekroczyłam próg domu wiedziałam ,że coś się stało. I o ile trzy godziny temu rozmawiałam z mamą, to teraz ona wraz z tatą leżała na podłodze w kuchni bez życia. Trzęsąc się, zadzwoniłam po pogotowie, potem przyjechała policja. Resztę pamiętam jak przez mgłę... Tą okropną wiadomość, że oboje nie żyją, że to było morderstwo, pogrzeb... Całe moje życie się zawaliło. Modne ciuchy w jasnych kolorach zastąpiła czerń, moje blond włosy stały się kruczoczarne. Kolorowe cienie do powiek zniknęły, zamiast tego pojawiły się worki pod oczami. Stałam się wrakiem samej siebie, a mimo to wciąż powtarzałam, że nic mi nie jest, że wszystko jest w porządku. Kłamałam. Siedząc w ostatniej ławce do końca lekcji byłam bardziej skupiona na gapieniu się na widok za oknem, niż tym, co się dzieje dookoła. Gdy zadzwonił dzwonek bez słowa wstałam z ławki i nie czekając na Elizabeth udałam się na dziedziniec. I wtedy się zaczęło. Znowu. Gdy pierwszy promień słońca padł na moją skórę przeszył mnie ogromny ból i panika. Nie mogłam oddychać, a przed oczami miałam czarne plamy. To wszystko zaczęło się trzy miesiące temu i jak na razie nikt o tym nie wiedział, a ja jakoś nigdy nie miałam czasy, by iść z tym do lekarza. Po omacku dotarłam do łazienki, gdzie na całe szczęście nikogo nie było. Patrzę z przerażeniem w lustro i widzę swoją twarz i nagle spoglądam drugi raz, a moja twarz jest cała we krwi, kły wystają z górnej wargi. Gwałtownie wciągam powietrze, ale upiorny obrazek znika tak szybko jak się pojawił. Usiłuję się uspokoić i wmawiam sobie, że to ze zmęczenia, że nic nie zobaczyłam, ale przez chwilę... Nie, nie to niemożliwe. Kręcę głową i spryskuję twarz zimną wodą, co przynosi mi ulgę. Uspokajam się. Nagle nabiera mnie ochota, by przestać być tą grzeczną dziewczynką i jak gdyby nic po raz pierwszy w życiu opuszczam lekcję. O tej porze nauczyciele są zbyt zajęcia tematami, by sprawdzać, kto opuszcza szkołę. Docieram do swojego mieszkania, które wynajęłam. Miałam osiemnaście lat, więc po śmierci rodziców nie poszłam do rodziny zastępczej, tylko byłam wolna. Ale co z tego, skoro nie miałam rodziny? Została mi tylko Elizabeth, choć nawet ona powoli odsuwa się ode nie, a ja nie wiem, jak ją zatrzymać. Gdy wchodzę na klatkę, widzę, że przed moimi drzwiami stoi wysoki, ciemnowłosy chłopak. Podchodzę bliżej i szeroko się uśmiecham. Po raz pierwszy od dawna. Ian. Nie widziałam go dwa lata i mimo tego, że bardzo się zmienił, wciąż go rozpoznaję. Rozbrajający uśmiech i wygląd niegrzecznego chłopca. Mam ochotę rzucić mu się na szyję, a po chwili przytomnieję. Wymijam go i chce otworzyć drzwi, a wtedy on staje przede mną.
 - Wiesz może, gdzie mieszka Katherine Bennet? Ponoć w tym budynku, ale... - urywa i patrzy na mnie zszokowany, bo odgarnęłam włosy do tyłu i widzi całą moją twarz. Wiem, że w jego oczach wydaje się być bardzo odmieniona. Niegdyś modnie wymodelowane włosy do ramion, teraz długie i czarne do pasa, zero makijażu i ciemne ciuchy. Nawet moje piwne oczy są przygaszone. Ian patrzy na mnie przez chwilę, mrugając gwałtownie.
 - Oh, kochanie... - szepcze i przytula mnie do siebie, nim zdołam się odsunąć. Nim jego zapach wniknie w moje nozdrza. Tak znajomy... Czarna, skórzana kurtka, spłowiałe, porwane dżinsy i świeżo umyte, ciemne włosy. Patrzę w jego intensywne, błękitne oczy, przenoszę wzrok na idealnie wyrojone usta i męską, mocno zarysowaną szczękę. Chłopak, w którym byłam zakochana... Zanim on mnie zostawił pod byle pretekstem i wyjechał. Ile ja nocy przez niego przepłakałam... A mimo to dałam rade. A teraz on, jak gdyby nigdy nic pojawia się na nowo w moim życiu, akurat wtedy, kiedy gorzej już być nie może.
 - Puść mnie - mówię przez zaciśnięte zęby, a on posłusznie spełnia moje polecenia, jest nieco zarumieniony, ale ignoruję to i wchodzę do mieszkania, lecz gdy chcę zamknąć drzwi, on wsuwa stopę między framugę i bez słowa wchodzi do mieszkania, zamykając za sobą drzwi. Nie wiem, czemu nie protestuję. Nie wiem dlaczego nic nie robię, gdy podchodzi do mnie i mnie nie przytula. Nie mam pojęcia, co robię gdy delikatnie mnie obejmuje i całuje w czoło. A gdy jego wargi dotykają moich... Czuję, jakby cały świat eksplodował pod nadmiarem uczuć.